🐎 Krótki List Do Babci

List motywacyjny: wzór dla księgowej. List motywacyjny: wzór dla kucharza. List motywacyjny: wzór dla laboranta. List motywacyjny: wzór dla lekarza. List motywacyjny: wzór do Lidla. List motywacyjny: wzór dla logistyka. List motywacyjny: wzór dla magazyniera. List motywacyjny: wzór dla managera i kierownika. list do babci list do babci mama nadzieję, że odpiszesz mi mi na ten krótki list :) pozdrawiam Ania. 0 majami (Gość) Pią Mar 27, 2009, 18:55. bardzo proszę Pisze do Ciebie ten list, gdyż martwię się o Twój stan zdrowia. Mama mówiła mi, że Twoje ostatnie wyniki badań nie wyszły najlepiej i na kilka dni pojedziesz do szpitala. Wiem, że nie tego lubisz, bo kto lubi leżeć w szpitalu? Pamiętaj jednak, że to dla Twojego zdrowia. Jak wrócę z wycieczki to od razu przyjdę Cię odwiedzić. A potem wykonaj polecenie : W imieniu Kuby napisz : List do wybranej osoby (na przykład babci,kolegi,koleżanki) , w którym między innymi opowiesz o przedstawionym w tekście poranku. To jest mojego brata nie wie jak to zrobić i ja zabardzo nie wiem i nie chce mi się myśleć. Jednakże pamiętajmy, że nie użyjemy takiego samego języka pisząc do naszej babci co pisząc do naszego przyjaciela. 6. zakończenie (conclusion) W zakończeniu listu podsumowujemy nasz list i kończymy go. Warto jest też zapewnić naszego adresata, że czekamy na jego odpowiedź, tak aby podtrzymać kontakt. W Dniu Babci pamiętamy o naszych babciach i prababciach, życzymy im zdrowia i wszelkiej pomyślności. Może to być okazja do dłuższej rozmowy, gdy na co dzień jesteśmy zabiegani, do wsłuchania się w ich opowieści. Jeżeli nie ma ich już z nami, do zapytania o nie rodziców, do przywołania osobistych wspomnień. Dziś dzielimy się nadesłaną przed ponad rokiem pamiątką i List do mamy lis do babci list z wakacji do koleżanki epistolografia list do kolegi o szkole opowiadanie wakacje nad morzem z przyjaciółką list do kolegów zachęcający do czytania lektur list odyseusza do penelopy napisz krótki list do kolegi, w którym dokładnie poinformujesz go o swoich planach na niedzielę, pisanie zaczynamy od Kobieta wpadła więc na pomysł, by luis napisał pożegnalny list do babci i wysłał go do nieba balonem. Mowa pożegnalna wygłaszana na pogrzebie jest formą przemówienia skierowaną do osób pożegnanie babci, życzenia dla osoby w żałobie nie powinny być przekopiowanym szablonem wysyłanym automatycznie, lecz osobistymi odczuciami Napisz list do swojej babci, w którym wyrazisz troskę o jej samopoczucie oraz zdrowie. Prosiłabym, żeby ten list był mniej więcej na całą lub 3/4 kartki A4, z góry dziękuję za odpowiedź. dbSk. Długo zastanawiałam się, czy opublikować ten post. Właściwie zaczęłam go publikować trzy razy przed tym i odwoływałam go w ostatniej chwili. Jest to długi i naprawdę osobisty post i może być trochę na intensywnej stronie. Jeśli chcesz go pominąć, całkowicie to rozumiem. Dla tych z Was, którzy przychodzą tu po wegańskie przepisy lub wskazówki dotyczące podróży, zapewniam Was, że wrócę do tego jutro. Po prostu czuję, że jestem to winna mojej babci. Moja babcia nauczyła mnie jak gotować, jak bronić tego, w co wierzę i jak kochać wszystkie istoty. Gdyby nie ona, Keepin’ It Kind może nawet nie istniałoby dzisiaj. Ci z Was, którzy śledzą ten blog od jakiegoś czasu, mogą pamiętać, że mówiłam o niej dość dużo (szczególnie tutaj, tutaj i tutaj). Zaczęłam pisać ten list do mojej babci 9 grudnia 2013 roku, dwa dni po jej śmierci. To zaczęło się jako sposób dla mnie, aby poradzić sobie, ponieważ ona jest kim bym zwrócić się do rozmowy w trudnych czasach. Teraz zamieszczam fragmenty tego listu (rzeczywisty list ma prawie 10 stron) jako hołd dla tej niesamowicie wspaniałej kobiety, która ukształtowała mnie w to, kim jestem dzisiaj. Droga Babciu, Zrobiłem to aż do domu z siłowni dziś rano, zanim zacząłem kulić oczy ponownie. Wczoraj, dzień po tym, jak dostałem wiadomości, obudziłem się i moją pierwszą myślą było „Nie! Nie! Nie! Nie! Nie!”. Płakałam przez jakieś dwadzieścia minut, zanim udało mi się wstać z łóżka. Potem zabrałam Sama na spacer i jak tylko dotarliśmy na plażę, zobaczyliśmy małego białego pieska, który przypominał mi Annie. Co oczywiście przypomniało mi o tobie i o tym, jak spała na twoich kolanach. Nie mogłam powstrzymać łez, a ponieważ nie chciałam, żeby ktokolwiek widział łzy spływające po mojej twarzy, wyszłam na piasek i runęłam na niego. I szlochałam. Biedna Samantha nie wiedziała, co robić, więc po prostu zakopała głowę w moje ramię. Przez ostatnie 6 lub 7 lat, nie byłem tak zainteresowany w dekoracji na Boże Narodzenie. Położymy wieniec, ale ponieważ nigdy nie jesteśmy w domu na święta, to po prostu zawsze czuje się jak rodzaj odpadów. Ale ostatniej nocy, zrobiłem Chris i bliźniaki iść ze mną kupić ozdoby choinkowe, bo wiem, jak bardzo kochasz dekoracje świąteczne. Zwykłeś chodzić do tych całorocznych butików świątecznych i kupować nowe każdego roku. Twój dom zawsze czuł się magicznie, kiedy był przystrojony na Boże Narodzenie. Więc w tym roku stawiamy choinkę i dekorujemy ją dla Ciebie. Mówiąc o Bożym Narodzeniu- w szalonym szale szukania zdjęć Ciebie (musiałem Cię znowu zobaczyć) znalazłem jedno z Bożego Narodzenia w 1994 roku. To Ty z całą dziesiątką swoich wnuków. Zarówno Stephanie, jak i ja mamy na sobie kombinezony (tak się robiło w 1994 roku, jak sądzę), Bridgette ma zamknięte oczy, ja wyglądam na wkurzoną, Brandonn i Stephanie wydają się walczyć, a Josh jest jedynym pozującym do aparatu. Clayton żył, a Sarah była jeszcze małym dzieckiem. Uwielbiam to zdjęcie i jestem wdzięczna, że mogliśmy spędzić z tobą ten czas. Że mogliśmy Cię poznać. Około rok po śmierci Claytona, podczas jednej z naszych licznych rozmów telefonicznych, powiedziałam Ci, że Clayton często pojawiał się w moich snach. Czasami był jeszcze małym chłopcem, około 5 lub 6 lat, a czasami był mniej więcej w tym samym wieku, w którym umarł. Powiedziałeś mi, że ty też czasem o nim śniłeś. Powiedziałaś mi, że chociaż był taki młody, kiedy umarł, naprawdę czułaś, że żył pełnią życia. Nigdy nie zmarnował ani jednej chwili ze swoich 20 lat na ziemi. Zawsze ścigał się na motocyklach, biwakował, spędzał czas ze swoją dziewczyną, przyjaciółmi, rodziną. Spakował dużo życia w bardzo krótkim czasie. Naprawdę czuję, że robiłeś to samo. Twoje 75 lat było wypełnione tak wielką miłością. Dawałeś miłość tak hojnie wszystkim, którzy Cię znali. Czasami wydawało się, że promieniejesz miłością. Promieniowałaś miłością. I włożyłeś wiele życia w te 75 krótkich lat. Zawsze mnie zadziwiałeś. Nie mogę uwierzyć, że miałaś niezgłębione dzieciństwo i stałaś się jedną z najsilniejszych osób, jakie znam. Nie mogę uwierzyć, że wyszłaś za mąż w wieku 14 lat i miałaś 5 dzieci zanim skończyłaś 20 lat. Kocham, że ty i dziadek zbudował dom, w którym teraz mieszkasz. Ciągle chcę do ciebie zadzwonić i powiedzieć ci te rzeczy. Chcę Ci powiedzieć o wszystkich rzeczach, które pamiętam i o tym, jak bardzo wpłynąłeś na moje życie i ile dla mnie znaczysz. Ciągle myślę o twoim radosnym, wesołym głosie. Myślę o Twoim śmiechu. Wciąż odtwarzam wszystkie nasze rozmowy telefoniczne z ostatnich kilku miesięcy. Jak wtedy, gdy powiedziałam Ci, że zjedliśmy z Chrisem kawałek surowego, wegańskiego ciasta z restauracji Millennium w San Francisco, powiedziałaś: „No, chyba sobie żartujesz! Oni po prostu podają ci ciasto bez gotowania go? Czy to tylko miska z ciastem?”. Opisałem Ci go i zgodziliśmy się, że kiedy poczujesz się lepiej, pójdziemy tam na lunch. Zanim wyjechaliśmy do Europy, powiedziałam Ci, że dzięki Tobie i dziadkowi pokochałam podróże. Gdyby nie ta wycieczka na Wschodnie Wybrzeże, na którą zabrałeś Stephanie i mnie, i to, jak bardzo Ty i Dziadek zawsze podkreślaliście nam, jak ważne są podróże, prawdopodobnie nie byłbym tak żądny przygód jak jestem. Powiedziałeś mi, że się cieszysz – Ty i dziadek mieliście nadzieję, że my, wnuki, nauczymy się kochać podróże i odkrywanie na własną rękę. Podczas naszej ostatniej naprawdę długiej rozmowy, zanim twoje zdrowie zaczęło się gwałtownie pogarszać, powiedziałam ci o mojej umowie na książkę. Krzyczałaś na cały głos i podłączyłaś dziadka do telefonu, żebym i ja mogła mu to powiedzieć. Powiedziałaś, że będziesz trzymać podpisaną kopię na swoim stoliku do kawy i ciągle podkreślałaś, że po prostu wiedziałaś, że jeden z twoich wnuków będzie autorem. Potem odbyliśmy jeszcze kilka rozmów telefonicznych, ale Twoje zdrowie zaczęło się pogarszać, byłaś mocno nafaszerowana lekami i nie czułaś się na siłach, żeby długo rozmawiać. Chciałbym móc zadzwonić do ciebie jeszcze raz. W połowie listopada, podczas gdy byłeś w szpitalu po tej operacji, miałeś atak. Już wcześniej trochę majaczyłeś, prawdopodobnie z powodu przebywania w szpitalu przez prawie miesiąc, ale atak sprawił, że trochę trudniej było ci się porozumieć. Bridgette powiedziała mi, że nie czujesz się dobrze, więc kupiłem bilety na lot do San Francisco następnego dnia rano. Musiałbym polecieć do domu tego samego dnia, ponieważ miałem tyle pracy do wykonania przy książce (pierwszy rozdział miał być gotowy w następnym tygodniu). Mój lot się opóźnił i zanim wynająłem samochód i dotarłem do szpitala, było już około 13:00. Byłam w stanie spędzić z Tobą tylko około 5 godzin, zanim musiałam wrócić na lotnisko, aby złapać mój lot do domu, ale jestem tak wdzięczna za ten dzień, mimo że prześladuje mnie codziennie. Bridgette powiedziała mi, że nie byłaś całkiem sobą, ale nie byłam przygotowana, kiedy weszłam do pokoju. Spałaś, ale nie wyglądałaś jak moja babcia. Gorące łzy natychmiast zaczęły spływać mi po twarzy i nagle zrobiło mi się gorąco. Zdjęłam płaszcz, ale i tak byłam spocona. Musiałam upiąć włosy, bo zaczęły mi się kleić do karku. Wtedy się obudziłeś. Po prostu się na mnie gapiłeś. Pielęgniarka przyniosła mi krzesło i siedzieliśmy, trzymając się za ręce, przez resztę popołudnia. Niewiele mówiliśmy, po prostu wpatrywaliśmy się w siebie, a ja starałam się jak mogłam, żeby się uśmiechać i nie płakać. Od czasu do czasu prosiłeś mnie, żebym wzięła twój wózek inwalidzki i zawiozła cię do sklepu, albo błagałeś, żebym cię stamtąd zabrała, że zwariujesz, jeśli tam zostaniesz. Została ci jeszcze jedna operacja, a lekarze nie mogli cię wypuścić, kiedy odmawiałaś jedzenia i picia. W pewnym momencie powiedziałaś po prostu: „Jesteś taka piękna. Taka piękna”, a ja się uśmiechnęłam i powstrzymałam łzy. Więc siedzieliśmy tam i trzymaliśmy się za ręce. Aż nadszedł czas, żebym sobie poszedł. Zaczęłam płakać, a ty złapałeś mnie za dół mojej koszuli i błagałeś, żebym nie odchodziła. Powiedziałeś „Mam nadzieję, że zawsze byłem przy tobie. „Zaczęłam szlochać. Pochyliłam się i przytuliłam cię, chowając twarz w twoich włosach. Nie wiem, czy mnie słyszałaś, ale powiedziałam: „Bardziej niż wiesz”. Powiedziałam ci, że tak bardzo cię kocham i myślę, że w tym momencie mogłam przypadkowo nazwać cię „mamą”. Pogłaskałaś mnie po włosach. Wyczyściłam twarz i kiedy zmierzałam do drzwi, powiedziałeś „Jesteś dla mnie bardzo ważna”. Oczywiście znowu zaczęłam płakać, więc wróciłam i jeszcze raz Cię przytuliłam. Powiedziałam Ci, że Ty też jesteś dla mnie ważna. To były twoje ostatnie słowa do mnie. Nigdy nie dowiesz się, jak bardzo jesteś dla mnie ważna. Dwa dni później miałaś kolejny napad, który całkowicie odebrał ci zdolność mówienia. Lekarze powiedzieli, że byłeś w „mgle napadowej” i że w końcu powinieneś z niej wyjść. Ale tak się nie stało. Wróciłem do ciebie tak szybko, jak tylko mogłem. Spędziłam wieczór Dziękczynienia u twojego boku, trzymając cię za rękę. Nie wiem, czy wiedziałeś, że tam jestem. Co kilka minut zaczynałaś jęczeć i krzyczeć. Trzymałam Cię za rękę i powtarzałam, że wszystko będzie dobrze. Mówiłam ci, żebyś był silny. Mówiłem, żebyś się trzymała. Powiedziałem, że cię kocham. Czasami ściskałeś moją rękę tak mocno, że aż bolało. Kiedy krzyczałeś, nie puszczałeś i wbijałeś moją rękę w koc. I robiliśmy to samo przez następne dwa dni. W pewnym momencie, w piątek wieczorem, otworzyłeś oczy i spojrzałeś na mnie, choć nie wiem, czy mnie widziałeś. Kiedy nadszedł czas powrotu do domu, przytuliłam cię i znów wtuliłam twarz w twoje włosy. Wydawało się, że trochę się rozluźniłaś – Twoje ramiona jakby uwolniły się od napięcia, choć mógł to być tylko zbieg okoliczności. Palcem spróbowałem rozluźnić napięcie w twoich brwiach, a potem pocałowałem cię w czoło. To był ostatni raz, kiedy cię widziałam. Lekarze wspomnieli coś o „niepowodzeniu w rozwoju” i o tym, że twoja sytuacja nie ulegnie poprawie. Dziadek nie cierpiał patrzeć na Ciebie w takiej agonii i nie chciał, żebyś odeszła w szpitalu, więc założył hospicjum i zabrał Cię do domu. Miałam przyjechać w poniedziałek lub wtorek, ale życie miało inne plany. Odeszłaś w sobotę rano, a dziadek spał na krześle obok Ciebie. Przykro mi, że nie przyjechałem w piątek. Nie sądziłem, że to się stanie tak szybko. Naprawdę czułam, że Ty i ja mieliśmy więcej czasu razem. Tak więc teraz, po prostu ciągle rozmawiam z Tobą w mojej głowie. Ciągle robię „pamiętasz kiedy”, jak „pamiętasz kiedy widzieliśmy te wszystkie ogromne szczury na plaży w Connecticut?” i „pamiętasz kiedy mój brat utknął głową między poręczami na balkonie na piętrze i musieliśmy go od tego uwolnić?” i „pamiętasz kiedy zabrałeś Stephanie, Bridgette i mnie do San Francisco, żeby zobaczyć wszystkie świąteczne dekoracje okienne i choinkę na Union Square?” To było półtora roku temu, kiedy ty i dziadek odnowiliście swoje śluby. To była wasza 60. rocznica i mieliśmy małą ceremonię i uroczystości w ogródku cioci Roxy i wujka Dave’a. Josh poprowadził ceremonię i poprosił mnie o odczyt podczas ceremonii. Kazał mi przeczytać następujący fragment z Aksamitnego Królika: „Co to jest PRAWDA?” zapytał Królik jeden dzień, kiedy leżały obok siebie w pobliżu błotnika przedszkola, zanim Nana przyszedł posprzątać pokój. „Czy to znaczy mieć rzeczy, które brzęczą wewnątrz ciebie i wystającą rączkę?” „Prawdziwy nie jest jak jesteś zrobiony,” powiedział Koń Skóra. „To rzecz, która się z tobą dzieje. Kiedy dziecko kocha cię przez długi, długi czas, nie tylko do zabawy, ale NAPRAWDĘ cię kocha, wtedy stajesz się Prawdziwy.” „Czy to boli?” zapytał Królik. „Czasami,” powiedział Koń Skóra, bo zawsze był prawdomówny. „Kiedy jesteś Prawdziwy, nie przeszkadza ci, że cię boli.” „Czy dzieje się to wszystko naraz, jak przy zwijaniu,” zapytał, „czy kawałek po kawałku?” „Nie dzieje się to wszystko naraz,” powiedział Koń w Skórach. „Stajesz się. To zajmuje dużo czasu. Dlatego nie zdarza się to często ludziom, którzy łatwo się łamią, lub mają ostre krawędzie, lub którzy muszą być ostrożnie trzymani. Ogólnie rzecz biorąc, zanim staniesz się Prawdziwy, większość twoich włosów została usunięta, a twoje oczy wypadają, stajesz się luźny w stawach i bardzo niechlujny. Ale te rzeczy nie mają żadnego znaczenia, ponieważ kiedy jesteś Prawdziwy, nie możesz być brzydki, z wyjątkiem ludzi, którzy nie rozumieją.” Wtedy wydawało się to tak odpowiednie, ale teraz wydaje się jeszcze bardziej. Babciu, jesteś taka kochana. Taka prawdziwa. I najsilniejszą, najpiękniejszą kobietą, jaką znam. Jesteś tym, kim zawsze chciałam być, gdy dorosnę. To był taki wspaniały dzień. Ty i dziadek w końcu mieliście swój „pierwszy taniec”. Czuję się tak błogosławiona, że mogłam być tego świadkiem. Chris i ja przeglądaliśmy zdjęcia z tego dnia, a ja nawet nie płakałam. Miałam największy uśmiech na twarzy widząc, jak szczęśliwi byliście tego dnia Ty i dziadek. You were glowing. I try to go about my day like normal though everything feels so foreign. Nie jestem przyzwyczajona do świata bez Ciebie w nim i nie chcę się do niego przyzwyczajać. Zawsze jestem trochę niezdarny, ale to tak, jakbym zapomniał jak używać rąk lub chodzić bez potykania się. Zapominam, co robię, gdy to robię. Pewnego dnia rozśmieszyłem Maxwella tak mocno, ponieważ poprzedniego wieczoru nalałem sobie szklankę wody, ale chwilę później nie mogłem jej znaleźć. Następnego ranka znalazłam ją w mikrofalówce, wciąż zimną. Po prostu włożyłam ją tam i odeszłam. Nie wiem, co się stało z moim umysłem. Czuję się czasami niezręcznie rozmawiając z ludźmi. Tracę kontrolę nad tym, co mówię w połowie zdania i nie mogę myśleć o rzeczach do rozmowy. Ty i wszystkie emocje, że twoja śmierć spowodowała bulgotanie są na czele mojego umysłu i umieszczając mgłę nad wszystkim innym, co mogę chcieć omówić. Zeszłej nocy, Chris i ja byliśmy podekscytowani, kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że nowy sezon Downton Abbey zaczyna się w przyszłym miesiącu. Wtedy przypomniałam sobie, jak bardzo kochałaś Downton Abbey. Pamiętam, jak dzwoniliśmy do siebie i plotkowaliśmy o tym i jak bardzo oboje byliśmy zszokowani końcem 3 sezonu. „Nie mogę uwierzyć, że muszę czekać do przyszłego roku, aby zobaczyć nowy,” powiedziałeś. Tak mi smutno, że nie ma Cię tutaj, aby go obejrzeć, a jeszcze bardziej smutno, że nie będziemy mogły o nim razem porozmawiać. Dziś, w końcu czułem się emocjonalnie gotowy, aby wyciągnąć pikowany wieszak ścienny, który zrobiłeś dla mnie. Dałeś mi go na Boże Narodzenie w 2008 roku, w czasie, kiedy naprawdę nie wiedziałem, co robię z moim życiem. To było też trzy lata przed tym, jak przeszłam na weganizm. Na odwrocie kołderki napisałaś: „Mojej kochanej Kristy, mojej niebieskookiej, blond humanitarystce. Ona kocha świat i wszystkie jego stworzenia, a ja kocham ją”. Mam wrażenie, że od początku wiedziałeś, kim jestem i kim będę. Na przodzie kołdry znajduje się biały gołąb, kwiaty i serce. W sercu wyszyty jest napis: „Babcia cię kocha”. Wciąż przesuwam palcami po każdej literze, próbując wyczuć, gdzie kiedyś dotykały twoje palce. Wciąż próbuję myśleć o jednym najbardziej ulubionym wspomnieniu o tobie, ale są tysiące małych przebłysków wspomnień i to mnie przytłacza. Sposób, w jaki patrzyłaś, gdy obierałaś ziemniaki nad kuchennym zlewem. Sposób, w jaki nauczyłaś mnie robić salta w basenie. Nadal myślę o tobie za każdym razem, gdy robię salto podczas pływania. Jak to było przytulić się do Ciebie, jak miękkie było Twoje ciało pod moimi ramionami. Jak krzyżowałaś nogi, kiedy siedziałaś w fotelu. Sposób, w jaki pchałaś wózek w sklepie spożywczym. Sposób, w jaki siadałaś przy stole w kuchni po całym dniu gotowania – spojrzenie pełne ulgi, relaksu i radości z bycia z rodziną. Sposób, w jaki śmiałaś się z żartów Brandonn. Sposób, w jaki drżały ci ręce, kiedy starałaś się nie płakać. Sposób, w jaki ty i dziadek bawiliście się w bójki i sposób, w jaki wyglądaliście, kiedy się przytulaliście. Twoje nabożeństwo żałobne było zaledwie kilka dni temu. To było takie miłe. Naprawdę by ci się podobało. Wujek Dave wygłosił krótkie przemówienie, a potem reszta twojej rodziny wstała i mówiła o tobie. Opowiadaliśmy historie i rozmawialiśmy o tym, jaki byłeś wyjątkowy i jak wpłynąłeś na nasze życie. Dotknąłeś życia tak wielu ludzi. To było niesamowite słuchać jak wszyscy mówią. Dziadek próbował mówić, ale jedyne co mógł powiedzieć to „Po prostu tak bardzo ją kochałem”, zanim zaczął płakać. Wszyscy wyszli, oprócz twojej rodziny, a ciocia Roxy przeczytała list, który dla nas napisałaś. Powiedziałaś, że chciałabyś, abyś nie spędzała tyle czasu na zamartwianiu się i spędziła więcej czasu przytulając każdego z nas. To zabawne, że tak siebie postrzegałaś, bo wszyscy myśleliśmy, że jesteś idealna. Ja jednak znalazłam siebie mówiącą to do siebie, kiedy zaczynam się zbytnio stresować przepisem, który testuję lub próbuję być gdzieś na czas. Są ważniejsze rzeczy. Kilka lat temu powiedziałeś mi, że ty i dziadek kupiliście twój nagrobek i zapłaciliście za wszystkie twoje wydatki pogrzebowe z góry. Powiedziałeś mi, że będziesz miał ten wiersz, który napisałem dla ciebie, kiedy miałem 14 lat, ten, który trzymałeś w ramce na nocnej szafce, wygrawerowany z tyłu twojego nagrobka. Pamiętam, że od razu odsunęłam go na bok, bo nie chciałam myśleć o tym, że mogłoby Cię tu nie być. Poczekałem do końca nabożeństwa, żeby go zobaczyć i okazało się, że tam był. To było jakbym znalazła mały prezent, który zostawiłaś dla mnie, mały znak, że ty i ja zawsze będziemy połączeni. Spędziłam dużo czasu z rodziną w ten weekend i czułam się naprawdę dobrze. Dziękuję za stworzenie tak wspaniałej grupy ludzi- jestem tak wdzięczna, że mam ich wszystkich w moim życiu. Zdecydowaliśmy, że tego lata pojedziemy razem na kemping do Sand Flats, gdzie zawsze jeździliśmy, gdy byliśmy młodsi. To miejsce z potokiem i skałą w środku, która była tak ważna, że wszyscy się tam wspinaliśmy. Pojedziemy tam jako rodzina, aby uczcić twoją pamięć. Myślę, że naprawdę byś to pokochał. Ten ostatni miesiąc był całkowitą plamą. Staram się być zajęta, ruszać się i jakoś sobie radzę, ale potem wszystko spływa po mnie jak powódź. I muszę po prostu oddychać. Wiem, że ludzie tracą swoje babcie cały czas. To się zdarza. To część życia. Ale kurczę, to jest ciężkie. Muszę pamiętać, żeby po prostu oddychać. Nie mogę nawet zacząć dziękować ci za wszystko, czego mnie nauczyłaś. Całą miłość, którą mi okazałaś. Przyjaźń, którą mi dałeś. To, jak bardzo ukształtowałaś to, kim jestem. Jak bardzo zmieniłaś moje ma słów. Brak słów w ogóle. . „Uważam, że powinnaś opuścić barak i przenieść się do córki”. Tak kończy swój krótki list, pisany częściowo po włosku, a częściowo po hiszpańsku, papież Franciszek. Jego adresatką jest Giuseppa Fattori, znana w całych Włoszech jako „nonna Peppina”, babcia która świętowała w niedzielę 95. urodziny i z tej okazji otrzymała list od papieża, mieszka w regionie Marche, który przed rokiem nawiedziło poważne trzęsienie także: Papież modli się za ofiary zamachu w EgipcieJej dom w miejscowości Fiastra w prowincji Ankony uległ zniszczeniu i rodzina staruszki, za sumę 80 tys. euro, wystawiła jej obok drewniany domek, w którym jednak nie może ona zamieszkać. Został postawiony bez zezwolenia i jest większy niż zezwalają przepisy. W ostateczności babcia Ziuta zamieszkała w pobliżu w plastikowym baraczku o powierzchni zaledwie dziesięciu metrów kwadratowych. Jej perypetie mieszkaniowe śledzą od kilku miesięcy włoskie na list z Watykanu, kobieta zapewniła, że opuści barak, gdy tylko spadnie pierwszy śnieg i przeniesie się do jednej z córek, jak radził jej Czytelniku,cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie! Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz prosimy Cię o wsparcie portalu za pośrednictwem serwisu Patronite. Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj. Kochana Babciu, Tym razem do Ciebie piszę, bo wiem, że na następną rozmowę byś się już nie zgodziła. Piszę w czasie wojny kobiet, w czasie deptania naszych praw, w czasie strasznym, ale na pewno nie najstraszniejszym. Byłaś zawsze mocno wyemancypowana, więc dobrze rozumiesz, że musimy głośno wreszcie Ci mogę przekazać dobre wiadomości! Pamiętasz, jak mnie zobowiązałaś do odnalezienia śladów po Elżuniu – Twojej maleńkiej córeczce, którą straciłaś mieszkając w Wałbrzychu? Na końcu naszej ➡ Rozmowy z Babcią. Przez te cztery lata, które minęły od naszego wirtualnego spotkania, to przyrzeczenie leżało mi na sercu. Nie zapomniałam o nim, ale wcześniej jakoś moje drogi nie prowadziły na zachód. Udało się trzy tygodnie temu. Do napisania tego listu chciałam się zabrać od razu po powrocie do domu, ale uznałam, że powinnam go wysłać w rocznicę urodzin Elżuni. A ta przypadnie jutro. Początkowo chciałam Ci go wysłać w Internety dokładnie tego dnia, ale dziś mam urlop strajkowy, a to dobry moment, by pisać do kobiety o kobietach. Twoja córka, gdyby żyła skończyłaby jutro 73 lata. Teraz Ci po kolei opowiem co ustaliłam i co załatwiłam i co już wiem. I proszę nie zżymaj się na mój język. Będę pisać jak zwykle, tak po swojemu 😉 Poza tym teraz takie czasy, że kobiety wreszcie się nie boją używać ostrych słów. Tak by the way, to ja ich zawsze używałam. Mieliśmy z Mirkiem jechać na Podhale, ale jak wiesz, dookoła zaraza i całe Podtatrze, przed naszym wyjazdem, dostało się do tzw. czerwonej strefy. Dziś wszyscy w niej jesteśmy, więc dobrze, że choć parę dni nam się udało „pożyć po staremu”. Uznałam, że ten krótki urlop lepiej spędzać bez maski na twarzy i w miejscach, w których mało ludzi i mało zakażeń. Na szybko zmieniłam kierunek i zdecydowałam, że jedziemy na Dolny Śląsk. Wtedy też zaświtało mi, by po raz trzeci zawitać do Wałbrzycha. To początkowo była tylko taka delikatna myśl, gdzieś tam z tyłu głowy. Nawet się do niej nie przyznałam Płoszajowi. By nie mieć możliwości odwrotu szybko zarezerwowałam i zapłaciłam za dwa noclegi w wałbrzyskiej Starej Kopalni. Ruszyliśmy w sobotę. Przez dwa dni objechaliśmy Kotlinę Kłodzką zachwycając się niemieckim dziedzictwem, kotami oraz wszystkim co było po drodze. Późnym popołudniem w poniedziałek wjechaliśmy do miasta, w którym spędziłaś parę lat zaraz po wojnie. Oj Babciu, jechałam tam po raz trzeci w swoim życiu i znowu czułam to samo dziwne napięcie krążąc po ulicach tego miasta i patrząc na zaniedbane przedmieścia. Odrzucałam te wszystkie negatywne obrazy, które przekazałyście mi z Mamusią. Wjeżdżaliśmy gdy padało, miasto było totalnie zakorkowane i wyglądało bardzo ponuro. Patrzałam na nie Twoimi oczami. Wyobrażałam sobie, jak tu przyjechałaś po raz pierwszy. Jakim przerażeniem napawały Cię te dymiące kominy, ci nadal tu przebywający Niemcy, te smutne bloki na Piaskowej Górze, gdzie zamieszkaliście z dziadkiem. W porównaniu z Twoim cudnym Toruniem, dawny Waldberg wyglądał jak kruk przy pawiu. Co nie oznacza, że wtedy ten kruk nie był piękny. Był, ale Tobie się nie podobał. Byliście poturbowani przez wojnę, ale byliście z dziadkiem znowu razem. Moją, niespełna siedmioletnią, Mamusię zostawiłaś w Toruniu u swej matki, a jej babci, a zarazem mojej prababci Klewenhagenowej. I ja, tu, po tylu latach od Waszego pobytu wróciłam, by poszukać śladów i dowodów na istnienie Twojej drugiej córeczki, czyli jedynej, niestety przedwcześnie zmarłej, siostry mojej Mamy. Na pewno z nieba patrzałaś na mnie i widziałaś, że zrobiłam wszystko, absolutnie wszystko co można było zrobić, mając tak niewiele informacji, antycovidową maskę na twarzy, przed sobą opór substancji urzędniczej i straszne hasło, które zamyka każdą dyskusję: RODO! Gdy we wtorek rano w przykopalnianym hoteliku oświadczyłam Płoszajowi, że najpierw zwiedzamy kopalnię, a potem jedziemy do Urzędu Stanu Cywilnego szukać informacji o Elżuni, to zbaraniał. Widziałaś, jak mu tłumaczyłam, że Mamusia, czyli jego teściowa miała siostrę, która w tym cholernym mieście się urodziła i zmarła jako dziecko. I wiem, że miała na imię Elżunia, ale nie wiem, czy urodziła się w 1946, czy w 1947, czy może w 1948, a może w 1949 roku. No i nie wiem, kiedy zmarła, choć coś mi się kojarzyło z pokątnych rozmów przed laty, że miała chyba półtora roczku. No i niby miała blond loczki. Aaaa, chyba zmarła na skręt kiszek, jak to wówczas mówiono. Koniec. Więcej informacji nie miałam. Zapewne zrobiłaś sobie kawę i zapaliłaś gdy widziałaś jego minę, kiedy udawał mądrego, który niby skumał, że z Tobą rozmawiałam wirtualnie i to przez złożoną przeze mnie obietnicę na Szufladzie, znalazł się ze swoją żoną w Wałbrzychu. Płoszaj moim dziwactwom od lat się nie dziwi i już je chromoli, jak zwykłaś mawiać. Uznał, że jak tak se walnięta żona wymyśliła, to wszelki opór jest bezcelowy. Podjechaliśmy w okolice wałbrzyskiego Rynku, przedtem objeżdżając pół miasta. Nota bene przez te dwa dni pobytu nie zrozumiałam tego miejsca i nigdy nie wiedziałam, w której części Wałbrzycha jesteśmy, ale chyba GPS’y tak ogłupiają. Gdy wychodziłam z auta Mirek powiedział: „Uśmiechaj się”. No czysty dureń z chłopa. Zawsze się uśmiecham w takich okolicznościach, robię z siebie cymbała, wielkie proszące oczy i co tylko trzeba. Tym razem miałam się uśmiechać pod maską. Padał lekki deszcz i nawet okolice Rynku – przepięknie odnowionego, wyglądały jakoś dziwnie. Poukładałam sobie w głowie wszystko i weszłam do starego budynku. Pierwszy podmaskowy uśmiech do portiera: „W którą stronę do USC?”. Mruknął numery pokoi. Idę. Na twarzy w wąski korytarz i nie czuję covidowego komfortu. Za ciasno jak dla mnie i na krzesłach siedzi parę kobiet. Pytam grzecznie: „Która z pań ostatnia. A…, to ja za panią.” Stoję. Poty mi ciekną po plecach, maska uwiera, ale znowu mam ten taki mus w głowie. Często go mam, gdy rozgryzam jakąś sprawę żydowską. W końcu wchodzę do biura. „Dzień dobry, nazywam się Małgorzata Płoszaj i przyjechałam z Rybnika, by odszukać informacji o mojej cioci”. Tu dalej podaję szczegóły, bez szczegółów (bo ich za bardzo nie znam) i nadaję jak katarynka. Widzę te powiększające się ślepia pań siedzących za biurkami. Zanim zdążyłam dokończyć całą swoją story jedna mi przerywa. „Ale musi pani znać daty”. „Niestety, nie znam, mogę tylko podejrzewać parę lat”. Odpowiedź bardzo urzędnicza: „Nooo, a poza tym kim jest ta osoba dla pani?”. Poprawiam: „Była, a raczej nie zdążyła być, bo szybko zmarła. Była moją ciocią”. Odpowiedź urzędnicza: „To pani nie jest zstępną”. U mnie już kolejna fala potów i ciepła. „Ja pierdolę” (to w myśli), a na głos: „Ona nie ma zstępnych, bo jej mama nie żyje, tata nie żyje, a jedyna siostra, czyli moja Mamusia, też nie żyje.” Urzędniczka: „Nie jest pani zstępną”. Noż kurwa mać (w duchu), nie występuję o majątek, a jedynie o ustalenie dat. Zaczynam z innej strony: „Nie chcę niczego, ani aktu urodzenia, ani zgonu, a jedynie ustalić daty bym chciała”. Urzędniczka: „A do czego to pani potrzebne?”. Ja w duchu: Jak ci kobieto powiem, to zawołasz ochronę, uznając mnie za wariatkę, której padło na rozum. Potrzebuję, bo złożyłam babci przyrzeczenie na swoim blogu rozmawiając z jej duchem. Na głos odpowiadam, nadal siląc się na podmaskowe uśmiechy i starając się ignorować jakiś paproch, który łaskocze mnie w nos: „Dla własnej ciekawości. Pani rozumie? W rodzinie to była tajemnica, sekret, specjalnie tu po to przyjechałam, przecież teraz wszystkie dane są w urzędach stanu cywilnego zdigitalizowane…”. Kobity patrzą na mnie już coraz bardziej dziwnie. Pada odpowiedź: „Nie, nie mamy danych w komputerze. Poza tym nie wie pani dat. A w ogóle to obowiązuje RODO”. Rodo srodo! Pieron mnie trafia! Nadal stoję i nie daję się spławić. Uderzam teraz w nutę kobiecą. Ale co tam, bariera, mur, zero pomocy w oczach. A ja jak przyspawana. „Ale może jednak panie spróbują?”. Absolutnie. W końcu nie wiedząc, jak się mnie pozbyć, jedna z pań mówi na odczepnego: „Proszę przejść do Biura Ewidencji Ludności. Może tam coś mają”. Ręce mi wtedy Babciu opadły. Co prawda miałam już szaleńczy plan w głowie, ale uznałam, że spróbuję w tym Biurze meldunkowym. Walę tam. Nie pukam. Wchodzę. I od nowa: „Dzień dobry, nazywam się Małgorzata Płoszaj i przyjechałam z Rybnika, by odszukać informacji o mojej cioci. Posłano mnie tu z USC”. I lecę z historią dziadka skierowanego z Torunia do Wałbrzycha. Pokazuję legitymację służbową dziadka z adresem: Piaskowa Góra, Osiedle 16. Panie: „Takiego adresu nie ma.” Ja: „Jestem z Rybnika, nie znam Wałbrzycha, nie wiem czy taki adres obecnie jest czy go nie ma. Ale w 1948 roku na pewno był”. Patrząc spod maski i przez zaparowane okulary widzę lekkie zaciekawienie w oczach po przeciwnej stronie urzędniczej lady. Jedna z pań zaczyna dopytywać: „Czy pani potrzebuje akty urodzenia i zgonu?”. „Nie, chcę tylko wiedzieć, kiedy się urodziła i kiedy zmarła”. Dostaję pod nos jakiś formularz, którego nie jestem w stanie prawidłowo wypełnić, bo nie znam dat, a brele mam tak zaparowane, że nie wystraszyłabym się nawet Freddiego Krugera gdyby nagle wyskoczył spod biurka. Ostatecznie, jedna z kobiet o wyrozumiałych oczach mówi: „Proszę to tak ogólnie wypisać i zostawić swój numer telefonu. Może uda mi się coś odszukać.” Dziękuję kłaniając się w pas prawie, zostawiam swój numer i wyłażę z urzędu spocona i zaparowana i zła. Oj Babciu, zła to mało powiedziane. Wkurwiona byłam na maksymalnego maksa. Wszystko się we mnie gotowało. Wyszłam od nich z niczym. Czekając na Płoszaja, który gdzieś łaził siadłam se na ławce na Rynku, zapaliłam i zaczęłam analizować. Skoro dziadek wrócił z niewoli pod koniec 1945, to raczej nie zdążyliście Elżuni zrobić w 1945 i jeśli jej narodziny by miały przypaść w 1946, to raczej pod jego koniec. Na komórce zaczęłam szukać kościołów wałbrzyskich. Widziałaś te moje chaotyczne poszukiwania, co? Komórka dla takiej starszej pani to jednak za mały ekran. Siedząc w deszczu na ławeczce, paląc następnego papierosa ustaliłam, że na wałbrzyskiej Piaskowej Górze są dwa kościoły. Z których jeden, był przed wojną ewangelicki i zaczął ponownie działać po wojnie (jako katolicki) dopiero na początku lat 60-tych. Czyli on poszedł out – skreślony. Drugi, ze zdjęć nie wydawał mi się za stary, ale wg paru stron, od razu był katolicką świątynią. Czyli bezpośrednio po wojnie musieli w nim chrzcić dzieci, tych którzy tu przyjechali. Chyba mi podpowiadałaś wtedy, bo bez zastanowienia odciepłam całe mnóstwo innych kościołów wałbrzyskich. Wkładałaś mi w głowę prawidłowy tok rozumowania. Weszłam na stronę parafii. Ok. Jest i cmentarz. Gdy dotarł do mnie Mirek padł rozkaz: „Jedziemy na farę kościoła przy ulicy Wyszyńskiego”. Znowu przejazd przez pół miasta. W głowie układałam sobie ponownie całe moje przesłanie, okraszając je stosownymi „Szczęść Boże”, „Bóg zapłać” i tego typu religijnymi sformułowaniami. Z diabłem bym weszła w układ, byleby się czegoś pod kościołem. Maska na twarz ponownie i pierwsze kroki skierowałam na przykościelny cmentarz. Obeszłam wszystko z góry wiedząc, że jeśli tu została pochowana, to jej grobu już nie ma. Ha ha, widziałaś tą lokalną parafiankę, która mnie oprowadzała po wszystkich grobach ze swej rodziny pod pretekstem szukania grobu Elżuni? Już wtedy czułam, że to właśnie w tym miejscu odbył się jej pogrzeb. Podeszłam pod farę. Domofon. Po jakimś czasie odezwała się chyba gospodyni. Kolejny raz wyłuszczyłam o co mi chodzi. „Nie ma żadnego księdza. Proszę przyjść przed mszą. Krótko przed 18-tą”. Koniec rozmowy. Nie, nie, ja się już nie dam tak łatwo zbyć. Od Ciebie, z nieba wiedziałam, że tu została ochrzczona. To było kompletnie irracjonalne przeczucie. Wróciłam do auta no i słyszałaś co powiedziałam Płoszajowi? „Teraz jedziemy na cmentarz żydowski, potem jakiś obiad, a potem wracamy tu o 16-tej. Będę warować pod farą, jak mnie nie wpuszczą”. Przed 18-tą to będzie za mało czasu. Gdy wyjeżdżaliśmy spod kościoła patrzałam na okolicę kombinując, w którym domu mieszkaliście. A gdy przejeżdżaliśmy po raz kolejny przez Wałbrzych nad miasto wyszła tęcza. To był znak od Ciebie! Na cmentarzu żydowskim cały czas znowu układałam sobie rozmowę, która miała mnie doprowadzić do Elżuni. Za płotem był wielki cmentarz komunalny, ale ani razu mi nie przyszło na myśl, że Elżunia tam mogła spocząć. Zresztą, co się będę powtarzać. Mamrotałam do Ciebie w myślach, więc wiesz co czułam latając między macewami. Pamiętasz co Ci wtedy powiedziałam, gdy stałam nad grobem żydowskich chłopczyków-braci, którzy też zmarli tak młodo? Zaraz po obiedzie popędziliśmy ponownie na Piaskową Górę pod kościół Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Wtedy nie miałam czasu szukać informacji o ówczesnych księżach, którzy tu byli w drugiej połowie lat 40-tych. Teraz już wiem, że proboszczem wówczas był ksiądz dr Władysław Gądek. Musiał być spoko facetem, skoro kochał Tatry i brydża i bardziej kumplował się ze świeckimi. Jestem przekonana, że niejednokrotnie mieliście z nim kontakt. Mam rację Babciu? Znalazłam jego zdjęcie w „Prawie stuletnich wspomnieniach” Stanisława Rudnickiego. Stoi na schodach fary swojego kościoła na Piaskowej Górze w Waszych czasach. Teraz ja wchodziłam na te schody z walącym sercem i przekonaniem, że choćby gówna i gromy z nieba leciały, to się nie dam spławić. Widziałaś jak mi się ręce trzęsły, gdy naciskałam przycisk domofonu jednego z wikariuszy. Znasz moje podejście do instytucji kościoła. Wiesz jakie mam zdanie i wiesz, że robiłam to tylko dla Ciebie, dla mojej Mamy i dla niedoszłej cioci Elżuni. Chyba znowu paliłaś papierosa, gdy słuchałaś mojej opowieści okraszonej słowami „Szczęść Boże”, wyrecytowanej do bezdusznej puszki domofonowej. I wiesz jaki miałam puls, gdy po kilku chwilach ze ściany popłynęły słowa: „Proszę czekać”. Czekałam z 10 minut. W końcu drzwi się uchyliły. Po raz ostatni w tym dniu się przedstawiłam i streściłam pod maską swój problem. Młody ksiądz (bez maski) zaprosił mnie do kancelarii. Nogi miałam jak z waty. Albo tu się ona znajdzie, albo już nigdy nie trafię na jej ślad. Tym razem nie dam się pokonać RODO! Wyciągnął dupną księgę i jeszcze raz podałam nazwisko i imiona rodziców. Hahahaha, a jak palnęłam, że rok 1945 nie wchodzi w rachubę, bo dziadek wrócił późno z wojny i nie zdążylibyście jej zmajstrować, to słyszałaś? Sama myślałam, że spadnę ze stołka po tym moim „zmajstrować” 😉 I na pewno zwróciłaś uwagę, jak mi się mieszało „proszę pana” zamiast „proszę księdza”? Zdawałam sobie sprawę, że dla młodego wikarego szukanie w takich starych papierach nie jest chlebem powszednim. Nie chciałam się narzucać, ale ja bym ją znalazła od razu. A tak siedziałam jak uczeń przed swoim dyrektorem w przedwojennej szkole. Nogi razem, kciuki zaciśnięte i tylko mu powtarzałam jak mantrę: „Elżbieta, córka Pawła i Heleny”. Ani razu nie dałam po sobie znać, że ta parafia to tylko przypuszczenie. W pewnym momencie spytał: „ Elżbieta, córka Jerzego?”. Nie, córka Pawła. Przeleciał już cały 1945, 1946, pół 1947 a ja wbijałam w niego świdrujący i błagalny wzrok. „Ani jednej Elżbiety” powiedział. I zaraz gdy to powiedział, usłyszałam: „Elżbieta, córka Pawła Eryka Waldemara Mania?” Wrzasnęłam TAK! Ja pierdzielę Babuniu! Skok ciśnienia miałam taki, że chyba wyglądałam jak spadający z tyczki dojrzały pomidor. Wstałam i dawaj do księgi! Jest! Jest moja ciocia Elżunia! „Czy mogę zrobić zdjęcie?” Odpowiedź: ”A proszę bardzo”. Cykałam jak szalona. Elżbieta Marja urodziła się 29 października 1947 r. Chrzest miał miejsce w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia tego samego roku. Rodzicami chrzestnymi byli Feliks Nikodemski mistrz malarski oraz Helena Głowacka żona Alojzego. Później dopisano ołówkiem „+ r.” Elżunia zmarła mając niecałe 7 miesięcy. W myślach rozmawiałam z Tobą Babciu, z moją Mamą, z Dziadkiem. Nie wiem, czy była tam przy Was Elżunia, ale Ty na pewno słyszałaś moje słowa: „Chciałabym dać na mszę w tutejszej parafii”. Ty nigdy nie byłaś zbytnio religijna, więc chyba zbaraniałaś, gdy to „Oczywiście. Na kiedy?”. Wyjął kolejną dupną księgę. Ja w międzyczasie szybki look do taszki i portfela. Ja pierdolę, większego nominału już nie mogłam mieć! Trudno. Nie polecę do Płoszaja po mniejsze pieniądze. Wykładam na biurko. Ksiądz: „Ależ to za dużo! To może dwie msze?” Ja: „Jak się da, to byłoby cudownie”. On: „ A kiedy by pani chciała?”. Ja: „Obojętnie, mnie i tak tu nie będzie”. On: „To może w rocznicę urodzin, czyli 29 października?” Ja: „Pięknie!”. On: „A o siódmej rano pasuje pani?”. Ja: „Cudnie. Pasuje mi”. On: „A ta druga to może w rocznicę chrztu? Oj… to raczej będzie niemożliwe, bo to święta”. Ja: „Mnie obojętnie kiedy”. Odpowiadałam monosylabami, bo z Tobą rozmawiałam i z Dziadkiem, którego w sumie nigdy nie poznałam. Ksiądz: „A może w rocznicę śmierci, czyli 28 maja?”. Ja: „Tak, fantastycznie, Bóg zapłać”. To ja jeszcze: „ A czy mógłby mi pan, o przepraszam, ksiądz zrobić ksero tej strony”. On: „Tak”. Gdy patrzałam w tą księgę, to przypomniał mi się mój znajomy Żyd z USA, dla którego poruszyłam niebo i ziemię w Sosnowcu, by znaleźć ślady po siostrze, której nie znał. A która urodziła się w sosnowieckim getcie, a potem została roztrzaskana na torach Judenrampy w Birkenau na oczach matki. Ja teraz wyglądałam jak on, gdy dotykał w sosnowieckim USC kartki z aktem urodzenia siostry Sary. Dla niego to był jedyny ślad po tamtej dziewczynce, która była jego nieznaną siostrą. Dla mnie był to jedyny ślad po dziewczynce, która była moją nieznaną ciocią. Gdyby przeżyła, a nie zmarła jako dzidziuś na skręt kiszek, to może miałabym fajne kuzynki i kuzynów. Może nie byłabym jedna, jedyna z rodziny mojej Mamusi. Gdy dostałam kartkę potwierdzającą zamówione msze, jeszcze z 5 razy podziękowałam właściwymi słowami i wytatarowałam jak rakieta z budynku fary. Jak wpadłam do auta to się popłakałam: „Znalazłam ją!”. Nie wiem, czy Płoszaj coś zrozumiał z mojego chaotycznego bełkotu. Wy, tam w niebie, zrozumieliście wszystko. Ty Babciu, Dziadek Paweł, moja Mamusia – Wy wiedzieliście, że dotrzymałam obietnicy. Jeszcze w hotelu w Starej Kopalni mnie emocje trzymały. Następnego dnia mieliśmy tylko zjeść śniadanie i śmigać dalej w stronę Jeleniej Góry. Po śniadaniu zasiadłam jeszcze na osobności w toalecie oddając się scrollowaniu fejsa. Nagle telefon wskazujący kierunkowy „Wałbrzych”. Odbieram. „Dzień dobry, tu… z Biura Ewidencji Ludności. Coś dla pani znalazłam”. O mało nie spadłam z klopa. Ta pani, o wyrozumiałych oczach znalazła daty, które już mi były znane, odnalazła miejsce zameldowania, odszukała daty zameldowania i wymeldowania całej waszej czwórki moja babciu. Czyż mogłam bez podziękowania wyjechać z Wałbrzycha? Nie. Słowo dziękuję usłyszane w słuchawce, to co innego od osobistego spojrzenia i uśmiechu spod maski. Ciul, dup, zaś trza wjechać do centrum, przedtem objechawszy po raz n-ty cały Wałbrzych. Gdyby we wszystkich urzędach trafiały się takie pełne empatii osoby, to jak by to pięknie było. Teraz już wiem Babuniu, że Elżunia urodziła się w Szczawnie, choć w sumie teraz to Wałbrzych. Wiem, że to Ty zgłosiłaś w urzędzie jej śmierć. Nie pasuje mi tylko zameldowanie w Wałbrzychu mojej Mamy, a Waszej córki. Mam jej świadectwo szkolne z Torunia z tamtych lat. No, ale może musiała być u Was na Piaskowej Górze zameldowana, bo tak prawo nakazywało. I wiem, że ówczesny adres Osiedle 16, to dzisiejsza ulica Szlifierska. Blok nadal stoi. Mieszkaliście na II piętrze, w miarę blisko kościoła. Ten chrzestny Nikodemski jest zagadkowy. W albumie mam stare zdjęcie jakichś Nikodemskich, stojących nad grobem Rozalii Nikodemskiej, ale nie ma na nim Feliksa. Mam przeczucie, że to był syn tej pary, czyli chrzestny Elżuni z Waszego rodzinnego Torunia, a nie z Wałbrzycha. Rozalia, ta od grobu, zmarła w 1943, a takie polskie nazwisko do niemieckiego Waldbergu nie pasuje. Jeszcze bardziej tajemnicza jest chrzestna – Helena Głowacka żona Alojzego. Przekopałam cały album, wszystkie dokumenty, które mi po Tobie zostały i nie natrafiłam na takie nazwisko. Za to mam przewozówkę, z której wynika, że Wasze rzeczy przyjechały na Śląsk w sierpniu 1949 r. Ze Szczawna przez Jaworzynę Śląską, Nysę, Kędzierzyn do Niedobczyc. Elżunia została na Piaskowej Górze na cmentarzu. Nieopłacany grób na pewno po jakimś czasie został przekopany. Została tylko w Twojej i Mamusi, jako jej siostry pamięci, bo dziadek ledwo co się przeprowadził do Hanysowa, to zmarł, 4 lata po Elżuni. Nigdy o niej nie mówiłaś, a ja się bałam o nią pytać. Mamusia jak ją widziała ze dwa razy to dużo. Była wtedy ośmiolatką. Sama zresztą wiesz jak było. Jak to zazwyczaj jest, po takich dzieciątkach zostają tylko wpisy w starych księgach. Teraz, gdy ją odnalazłam, to oprócz adnotacji o chrzcie w wałbrzyskiej parafii, będzie jeszcze ten mój list do Ciebie. No i jutro, przynajmniej mam taką nadzieję, jej imię i nazwisko wypowie ksiądz na porannej mszy w kościele Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny na Piaskowej Górze. Za nieznaną im osobę pomodlą się ci, którzy na tą mszę przyjdą. Wielu ich nie będzie. To tyle Babciu. Trzymajcie tam w niebie kciuki za Polki i Polskę. Jeszcze kiedyś do Was napiszę, choć tym razem raczej do Dziadka. Na Wszystkich Świętych Was nie odwiedzę, ale wiem, że to mi wybaczycie. Popatrzę na Was z okna dachowego w kuchni. Czasy covidowe… Kocham Was.

krótki list do babci